czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 1


Następnego dnia, Fabar wstał późnym rankiem i zwołał w obozie naradę, na której miał zamiar omówić dalsze plany.

-Jesteśmy mniej niż dzień drogi od wioski-zaczął- Przygotujcie się, bo już jutro stoczymy bój z bandytami. Nie możemy im przed tym dać się zobaczyć, tak więc nie wolno nam iść do wioski. Odpoczniemy dwie godziny drogi od wioski, w Wąwozie Straceńców. Tamtą też drogą przejdziemy za obozowisko bandytów, ale nie martwcie się, dopiero te dwie godziny od wioski zaczniemy iść w stronę tejże doliny.

Widać było, że żołnierze bali się drogi Wąwozem Straceńców. Nic dziwnego, gdyż miejsce to było owiane złą sławą. Niegdyś mieszkał tam trol, który rozkopywał mogiły na wiejskim cmentarzu więziennym, i zabierał je do swojej jaskini. Bywało też tak, że zabierał straże czekające na niego na cmentarzu w celu powstrzymania go przed dalszą profanacją zwłok, lecz i ich zabrał. Nie wiadomo czy on nadal żyje, gdyż od trzech lat nie dawał on najmniejszego znaku istnienia, a wieśniacy nie kwapili się do sprawdzania tego.

Fabar się nie mylił, gdyż już po osiem godzinach marszu, byli na rozstaju dróg między drogą do Wąwozu Straceńców,  a drogą do wioski. Kolejne dwie godziny zajął im przemarsz w głąb wąwozu. Gdy już byli na miejscu, rozłożyli obóz i ustalili kto będzie tej nocy pełnił wartę.

I tak zakończył się trzynasty dzień ich wyprawy.

W nocy, Fabar usłyszał dziwne warczenie połączone z sapaniem w pobliżu swojego namiotu. Natychmiastowo wstał, zachowując przy tym ciszę i sięgnął do pasa po swój miecz. Wyszeptał niezrozumiale pod nosem jakieś zdanie, i jego miecz momentalnie stanął w płomieniach. Czym prędzej wybiegł w miejsce z którego dochodził jego uszu ten dziwny dźwięk i załamał się z ogromu własnej głupoty, gdyż owe dziwne dźwięki wydawał zwykły pies. Zdziwił się, gdyż ostatnią z rzeczy które spodziewał się tu ujrzeć, był właśnie pies. Pogłaskał delikatnie psa po głowie, a pies momentalnie wyczulił słuch i podniósł się. Obwąchał Fabara, po czym delikatnie polizał jego dłoń.

-Wydaje mi się- Zaczął Fabar- Że chyba się polubimy przyjacielu.

Fabar pogłaskał delikatnie psa pod brodą, a on w odpowiedzi wesoło zamerdał ogonem.

Resztę nocy, Fabar poświęcił na zapoznanie się ze swoim nowym kompanem.

Gdy nastał ranek, Fabar ponownie zwołał naradę.

-Żołnierze!- Zakrzyknął Fabar-  Właśnie dziś rozpocznie się walka z bandytami. Ale nie martwcie się, jesteśmy od nich lepiej uzbrojeni i jest nas więcej. Tak więc odwagi! Pokonamy ich! Pamiętajcie aby pojmać ich żywcem, ale nie róbcie tego na tyle głupio, że narazicie swe życie lub zdrowie.  Jesteśmy cztery godziny drogi od ich obozowiska, więc w drogę!

-W drogę!- Odkrzyknęli ochoczo żołnierze. Byli oni zahartowani w boju i sami zgłosili się do wojska. Bardzo ochoczo wykonywali swoją pracę.

W czasie podróży do obozowiska bandytów nie napotkali najmniejszego problemu, ani ku uldze żołnierzy ani jednego śladu trola.

Jakiś czas później, byli już na wzgórzu, tuż przed obozowiskiem bandytów. Postanowili, że zakradną się do niego pod osłoną nocy. Więc przeczekali do zmroku, po czym pojedynczo zakradli się na obrzeża obozu bandytów. Po krótkim czasie, wszyscy byli już w wyznaczonym miejscu.

-Idziecie do każdego namiotu dwójkami. Rozumiecie? –zapytał Fabar

-Rozumiemy- zgodnym chórem odpowiedzieli żołnierze

-Ja i Ty Herbercie, weźmiemy po namiocie na siebie- Oświadczył Fabar

Herbert tylko kiwnął głową, po czym nakładając na wszystkich zaklęcie niewidzialności, przeniósł ich nad murem obozowiska bandytów. Gdy byli już po drugiej stronie, Herbert wyciągnął z sakwy jaskrawy kamień, po czym zacisnął na nim pięść. Z jego dłoni popłynęła stróżka krwi, po czym jego ręka rozbłysnęła lekkim światłem. Skrzywił się lekko, lecz po upływie kilku sekund, rana zasklepiła się

-Do tego zaklęcia niezbędna mi była ogromna ilość energii. To był bolesny, aczkolwiek szybki sposób na jej odzyskanie- Poinformował Herbert, po czym cisnął nad kamieniem na drugą stronę muru. Słychać było tylko bardzo cichy huk-Teraz już mam na tyle energii, aby móc walczyć z wami u boku.

Herbert wymienił się porozumiewawczym spojrzeniem z Fabarem, po czym uśpił zaklęciem jedynego wartownika który stał na straży. Wszyscy zgodnie z planem rozeszli się do namiotów przeciwników.

Fabar poszedł do namiotu dowódcy. Nie musiał iść ostrożnie, lecz lata praktyki nauczyły go, by zawsze być czujnym. Gdy dotarł do środka namiotu, zauważył tylko łóżko w którym leżała wyjątkowo mała postać, całkowicie przykryta kołdrą. Podszedł do niej bliżej z zamiarem skrępowania jej liną przytroczoną do paska, po czym płynnym ruchem zdjął całą kołdrę łóżka. Zobaczył na nim tylko postać psa poznanego wczorajszej nocy z mordką nienaturalnie wygiętą geście uśmiechu. Ostatnią rzeczą jaką poczuł, był silny cios w tył czaszki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz